
Z czegoś trzeba żyć, ale niekoniecznie z pisania. Zajęło mi sporo czasu, zanim zdałam sobie sprawę, że copywriting nie pozwoli mi dostatecznie rozwinąć skrzydeł. Tak naprawdę nigdy nawet nie aspirowałam do prawdziwego lotu. Nikogo nie obwiniam za swoje literackie nieszczęścia, jednocześnie mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Czy to będzie tekst o wypaleniu zawodowym, a może o niespełnionych ambicjach?
Gdy pasja wysiądzie na przystanku wypalenie
Jako nastolatka marzyłam o tym, żeby w dorosłym życiu utrzymywać się z pisania. Dlatego praca copywritera była dla mnie w pewnym sensie spełnieniem marzeń. Od tamtej pory napisałam tysiące tekstów na przeróżne tematy. W międzyczasie świat marketingu i reklamy niepostrzeżenie zamienił słowo w narzędzie o precyzyjnym zastosowaniu. Liczy się tempo, format, widoczność. Treści produkuje się seriami, myśli tnie na sekundy uwagi, a pisanie coraz rzadziej ma przestrzeń, żeby całkowicie wybrzmieć.
Idea tworzenia tekstów na zlecenie i uczynienie pisania swoją pracą była dobra. Niestety po drodze straciłam z oczu to, od czego zaczynałam, a mianowicie pasję. Tak bardzo skupiłam się na tym, żeby teksty były dostosowane do potrzeb i oczekiwań klientów, bogate w słowa kluczowe i ciekawe nagłówki, że przestałam tworzyć dla przyjemności. Po pracy byłam tak zmęczona, że ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było siadanie do komputera. Wypaliłam się.
Tak jak wszyscy, czy po swojemu?
Długi czas nie wiedziałam, jak zabrać się za prowadzenie bloga firmowego. Zastanawiałam się, czy każdy tekst na mojej stronie musi kręcić się wyłącznie wokół copywritingu i marketingu internetowego, czy jednak mogę pozwolić sobie na odrobinę luzu. Czytałam poradniki, przeglądałam blogi innych copywriterów, analizowałam tematy, które poruszają i nieustannie porównywałam się z innymi. Nie potrafiłam znaleźć dla siebie miejsca — przestrzeni, w której mogłabym realizować własne pomysły. Był taki moment w moim życiu, że brałam tyle słabo płatnych zleceń, że nie miałam czasu, ani na tworzenie strony, ani na myślenie o tym, żeby w ogóle ją uruchomić. I choć nadal brakuje mi motywacji na kreatywne pisanie, zdecydowałam, że będę publikować to, co mi się żywnie podoba. To nie jest kokieteria, to prawdziwy dramat, który rozegrał się w mojej głowie. Wzorować się na innych, czy pozwolić sobie na autentyczność i odrobinę wolności, która nie mieści się w żadnych ramach czy strategiach? Chyba w końcu dotarło do mnie, że działanie jest ważniejsze od perfekcji, a wyznaczenie sobie realnych celów znacząco przyspiesza proces robienia czegokolwiek.
Iluzja działania, czyli planowanie i snucie wizji
Rozmyślanie, mówienie o planach i snucie wizji potrafi dawać satysfakcję i poczucie działania, choć w rzeczywistości nie prowadzi do żadnych efektów. To wygodny sposób na odsunięcie konfrontacji z lękiem przed porażką albo z niepewnością, którą niesie realne działanie. Planowanie nie jest działaniem, dopóki nie zaczniesz robić tego, o czym mówisz. Nie jest to odkrycie na miarę Ameryki, ale te najprostsze i najbardziej oczywiste prawdy często nie mają siły przebicia. Pozostaje też kwestia prokrastynacji.
Myślę, że w pewnym momencie warto zadać sobie proste, ale tylko pozornie banalne pytanie o marzenia. Jaka myśl od lat nie daje mi spokoju? O czym marzę i dlaczego pozostaje to tylko w sferze fantazji? Pragnienia często ukrywają się pod warstwą obowiązków oraz nieprawdziwych przekonań na własny temat. A gdyby tak uwierzyć, że zasługuję na wszystko, co najlepsze — że mogę być tym, kim chcę być, i robić to, o czym rozmyślam od lat? Czy miałabym wtedy większą szansę na spełnienie marzeń, czy może pogrążyłabym się w smutku i zażenowaniu własną nieporadnością? Tak czy inaczej, na pewno warto próbować zmienić te myśli w coś rzeczywistego. Coś, po czym szeroko się uśmiechnę i już nic nie będzie w stanie mnie zatrzymać. Zaczynam od absolutnego minimum, ale jeden krok naprzód jest lepszy niż stanie w miejscu. O czym ja w ogóle piszę? O pisaniu… o tworzeniu dla tworzenia bez nadziei, że ktokolwiek to przeczyta.